JAKUB

Goliniewski

triathlon

swim, bike, run...

O mnie

Podstawowe dane:

Imię i nazwisko: Jakub Goliniewski
Data urodzenia: 9 listopada 1993
Wzrost: 187cm
Waga: 72-75kg
Nick: Golin, Jacob, JJ
Miejsce zamieszkania: Częstochowa/Katowice, Polska

Sukcesy sportowe:

  • Mistrzostwa Polski na dystansie długim, Mietków 21.07.2013 - kat. U-23 - miejsce 1, Open - miejsce 4
  • Mistrzostwa Polski na dystansie długim, Radków 21.07.2012 - kat. junior, miejsce 2
  • Mistrzostwa Polski w Tower Runningu – kat. Junior - Katowice 2012 – miejsce 1
  • Olimpic Hopes - Triathlon - Szczecinek 2012 - drużynowo miejsce 1, indywidualnie miejsce 3
  • Mistrzostwa Polski Juniorów w Triathlonie - Rawa Mazowiecka, 9.07.2011 - miejsce 3
  • Klubowe Mistrzostwa Polski Sztafet (triathlon) - Sława, 21.08.2011 - sztafeta męska - miejsce 3, Mix - miejsce 1
  • Triathlon Dębno - Puchar Polski - Dębno, 5.06.2011 - kat. junior, miejsce 2
  • Generalna klasyfikacja Pucharu Polski 2011, kat. Junior – 2 miejsce
  • OLYMPIC HOPES - SENEC TRIATHLON 2011 (Senec, 2011.05.28) - miejsce 3, kat. junior
  • Bled ETU Triathlon Junior European Cup (Junior Men) - Bled (Słowenia) 17.09.2011 - miejsce 19
  • Alanya ETU Triathlon Junior European Cup (Junior Men) 00:59:22 - Turcja 2.11.2011 - miejsce 20
  • Mistrzostwa Polski w Duathlonie - Toruń, 25.09.2010 - kat. junior - miejsce 1
  • Mistrzostwa Polski Sztafet w triathlonie- Rawa Mazowiecka, 4.09.2010 - sztafeta męska AZS-AWF Katowice - miejsce 3

Przebieg kariery:

2004 - 2009 – dwubój i trójbój nowoczesny w UKS ATUT Częstochowa
2009 – 2014 – Triathlon w KS AZS AWF KATOWICE
2014 - zmiana klubu - obecnie z przyjemnością wzmacniam drużynę KOLARSKI.EU

Inne:

  • Stypendysta Projektu „Indeks Start2Star” Fundacji 2065 im. Lesława Pagi
  • Student Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach
  • Absolwent Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Raciborzu (matura 2012)

Galeria

2014

VOLVO Triathlon Series - Brodnica 12.06.2014 (24)
Elemental Triathlon Olsztyn (14)
VI Bieg Częstochowski (10)

2013

Złota Mila 2013 (3)
XI Bieg Szlakiem J. Długosza 2013 (6)
Otwarte Mistrzostwa Żywca w Triathlonie 2013 (6)
Stalowy sokół 2013 (7)
Mistrzostwa Polski na dys. długim TriMan 2013 (22)

2012

M.P. na dys. długim, Radków 2012 (6)
Olimpic hopes 2012 Szczecinek
Obóz AZS-AWF Katowice w Makarskiej 2012 (21)

2011

PE Alanya 2011
Tirrenia 2011 (Włochy) - Sprint (26)
Klubowe Mistrzostwa Polski - Sława, 2011 (29)
Puchar Polski, Konopiska 2011
MPJ Rawa Mazowiecka 2011
Puchar Polski Szczecinek 2011
Chorwacja- II obóz AZS-AWF Katowice 2011
Chorwacja - I obóz AZS-AWF Katowice, 2011

2010

MP W Duathlonie - Toruń 2010
MP Sztafet - Rawa Mazowiecka 2010
Stalowy Sokół, Jaworzno 2010
Eliminacje do OOM, Szczecinek 2010
Eliminacje do OOM, Jezierzany 2010
Velká cena Ostravy v triatlonu
TRIATHLON SPRINT CITTA' DI FUMANE 2010
Obóz we Włoszech 2010. Jezioro Garda.
Obóz - Chorwacja 2010 (32)
Obóz AZS-AWF Katowice - Cypr, Luty 2010

Plan startów 2015


24.05 - Garmin Iron Triathlon Piaseczno - 1/8IM
31.05 - Triathlon Sieraków - Mistrzostwa Polski - 1/2IM
28.06 - Susz Triathlon - Mistrzostwa Polski - Sprint
05.07 - Triathlon Szczecin - Mistrzostwa Polski - 1/4IM
12.07 - VTS Nieporęt - 1/4IM
26.07 - Challenge Poznań Triathlon - Sprint
09.08 - Ironman Herbalife Triathlon Gdynia - 1/2IM
05-06.09 - Triathlon Przechlewo - Mistrzostwa Polski sztafet / Mistrzostwa Polski dystans olimpijski

Mistrzostwa Polski na dystansie 1/2 IM (Sieraków), czyli słaby duch w słabym ciele

Piątek, 05 czerwca 2015 godz. 20:20

Nie, no to nie do wiary. Nie, to być nie może. Piętnaście lat w sporcie, kilka lat jako pięcioboista, Potem sześć, bite, w triathlonie, wyróżnień parę, wyrzeczeń wiele, i oto są zawody, jak by ktoś dał mi w mordę. O bracia Triathloniści!

Tak oto parafrazując klasyka chciałbym rozpocząć ten wpis o triathlonie w Sierakowie. Mam nadzieję, że uda mi się go też ukończyć, bo niestety zawodów o których będę tu pisać ukończyć się nie udało. Nie dobiegłem do mety. Drugi raz w karierze nie ukończyłem zawodów w triathlonie. I też drugi raz trafiłem do karetki. Nie polecam.

Stojąc na brzegu jeziora, otoczony najlepszymi specjalistami od dystansu długiego w kraju, byłem wypełniony licznymi obawami, jak i nadziejami. Czy zrobiłem wszystko, co mogłem, aby dobrze przygotować się do tych zawodów? W jakiej formie są inni? Czy kontuzja nie powróci? A może lepiej było odpuścić ten start?

Dokładnie dwa tygodnie wcześniej wyszedłem na swój pierwszy trening po miesięcznej kontuzji i już wtedy wiedziałem, że powrót ten nie będzie łatwy. Nie pamiętam czy kiedykolwiek miałem tak długą przerwę. Tydzień później startowałem już w pierwszych zawodach w Piasecznie. Chociaż była to tylko 1/8 to namęczyłem się okropnie i zostałem zmiażdżony przez konkurencję (6 miejsce, 3 minuty straty do zwycięzcy). Za tydzień połówka, a ja w lesie (bardzo ciemnym lesie)!

Głośny strzał armaty obudził chyba wszystkich w Sierakowie. Ruszyliśmy. Jak wygłodniałe wilki. Albo gladiatorzy (ku uciesze tłumów). Po prostu bardzo szybko. Mały błąd na samym początku pływania kosztował mnie wiele. Przy starcie z brzegu zostałem zamknięty przez słabiej pływających zawodników, co poskutkowało tym, że praktycznie od samego startu straciłem kontakt z prowadzącą grupą i całą konkurencję pływacką przepłynąłem sam. 3 minuty straty do pierwszego. Nie jest źle. Mogło być lepiej, ale tragedii nie ma. Po kilku minutach (dokładnie czterech, strefa zmian nie należała do najkrótszych) już siedziałem na rowerze. Siedziałem na nim przez następne 2 godziny 26 minut. Czemu tak długo? Czemu dłużej o ponad 20 minut od Kacpra Adama, który w fantastycznym stylu zwyciężył? Bo umierałem. Każda pętla była coraz słabsza. I to nie dlatego, że zacząłem za mocno. Pierwsza pętla była w moim odczuciu zachowawcza, w planach miałem rozkręcić się na kolejnych. Mój organizm miał jednak zgoła odwrotny zamysł. Ostatnia pętla to była prawdziwa męczarnia. Zaczęli wyprzedzać mnie wszyscy: od słabszych PROsów przez lepszych amatorów po gorszych amatorów. Gdy schodziłem z roweru byłem na skraju wyczerpania. Buty do biegania ubierałem na siedząco. Pierwszy kilometr – 4:38. Drugi jeszcze gorzej - 4:44. Dalej już nie patrzyłem, nie chciałem. Czułem się naprawdę fatalnie. Ambicją i godnością osobistą doczołgałem się do 10 kilometra i… film się urwał. Ocknąłem się kilka minut później leżąc na ziemi pośrodku tłumu, a w oddali słyszałem już nadciągającą pomoc medyczną. No to koniec. Nawet nie dotarłem do mety.

Trochę trudno mi opisywać te zawody, bo nigdy nie pisałem jeszcze o tak nieudanym starcie. Myślę, że po prostu nie byłem przygotowany na niego fizycznie. I psychicznie. Jakkolwiek.

Podobny porażka wpisana jest w sukces. Jeśli już sięgnąłem w tym sezonie po porażkę to czas sięgnąć po sukces! Obiecuję, że wkrótce zaktualizuję mój kalendarz startów. Zapowiada się pracowity lipiec….

Na deser, aby wpis nie był aż tak smutny trochę pozytywnych aspektów zawodów:

  • Non drafting to wreszcie był non drafting! Okazuję się, że wystarczy trochę dobrej woli zawodników, duża pętla rowerowa i start falowy i nawet przy około tysiącu startujących da się jeździć regulaminowo. Dziękuję Wam za uczciwą Walkę!
  • Atmosfera! Setki kibiców, miliony oklasków, super doping. I like it!
  • Działanie służb medycznych! Tego zazwyczaj nie udaję mi się sprawdzić, ale akurat na tych zawodach było mi to dane; Wielki plus! Dziękuje za profesjonalne działanie i tak dobrą opiekę!

"Aby odnieść sukces, Twoje pragnienie sukcesu musi być większe niż Twój strach przed porażką." – Bill Cosby

Skomentuj na tej stronie



Ironman 70.3 Rugia, czyli duathlon w bałtyckim sztormie z niespełnionym marzeniem w tle

Poniedziałek, 15 września 2014 godz. 19:34

[image]
Dnia startu w Rugii na pewno nie zaliczę do najpiękniejszych chwil mojego życia. W tym miejscu ładnie wyglądałoby zdanie, że z początku dzień zapowiadał się tak dobrze… Ale wcale się tak nie zapowiadał. Od samego rana padał deszcz. Stop. Lał deszcz, a właściwie leciał z nieba strumieniami, a z każdą godziną było coraz gorzej. Po przybyciu na miejsce startu sprawdziłem, czy mój rower został już dostatecznie zmoczony po całej nocy w strefie zmian, dopiąłem do niego czyściutkie i suchutkie buty, sprawdziłem opony i zostawiłem go na dalsze działanie warunków atmosferycznych.

Równo o 10:00 ruszyli zawodnicy PRO. Do mojego startu pozostało 30 minut. W tym momencie, w normalnych warunkach, powinienem zacząć zakładać piankę. Ale… pływanie się nie odbyło. „Mały” sztorm niestety nie pozwolił na rozegranie tej konkurencji i organizatorzy podjęli decyzję o rozegraniu wyścigu w formie duathlonu, gdzie zamiast pływania było do przebiegnięcia 4,8km. Nie pozostało mi więc nic innego, jak dogrzać się do pierwszego biegu, zmienić buty na startowe i ruszyć ku linii startu. Skupiony na celu i pełny nadziei w sercu ustawiłem się w drugim rzędzie. Nie za bardzo z przodu, nie za bardzo z tyłu, o, tak w sam raz. Na minutę przed startem komentator nie milknął nawet na sekundę, co chwilę krzycząc do mikrofonu słowa, które rozumieli tylko Niemcy (prawdopodobnie informował nas, ile czasu zostało do startu lub kazał nas rozstrzelać, nie jestem pewien). Strzał z pistoletu (ku zaskoczeniu strzelił w górę) i ruszyliśmy. Właściwie oni ruszyli, a ja zbierałem szczękę z podłogi, jak zobaczyłem w jakim tempie ruszyli. Zachowałem jednak zimną krew i robiłem swoje – plan był taki, aby pierwszy bieg przebiec naprawdę spokojnie, aby za bardzo się nie zakwasić i wsiąść świeżym na rower. Do strefy zmian wbiegłem, jako 9 ze swojej kategorii, 1:40 za liderem, niby dużo, ale mając w perspektywie dalszą część wyścigu i biorąc pod uwagę moje nikłe zmęczenie byłem nastawiony pozytywnie. „Szybkie” wbiegnięcie na plażę (nawet nie pytajcie), wzięcie niebieskiego woreczka z rzeczami na rower, wyrzucenie niebieskiego woreczka do „drop boxu”, zdjęcie butów do biegania, spakowanie butów biegowych na drugi bieg do czerwonego woreczka, odwieszenie czerwonego woreczka na wieszak, przebiegnięcie przez mostek, biegnięcie na boso po kamienistej kostce 200 metrów, wzięcie roweru, wybiegnięcie ze strefy, kategoria M100+ wsiada na rower zaraz za linią boxu na całej szerokości, brak miejca, zatrzymanie się, wsiadanie na rower w ten sam sposób, co kategoria M100+ i już można ruszać na rower. Ach, ten Ironman taki prosty…

Część rowerowa była jednocześnie przyjemna i ciekawa, jak i straszna i wiodąca do mej porażki. Trasa przebiegała przez piękne tereny o urozmaiconym ukształtowaniu, a to wszystko przy bardzo dobrej jakości asfalcie – na całej pętli zdarzyły się 2 gorsze momenty, gdzie pojawiła się kostka i w połączeniu z deszczem były to bardzo niebezpieczne momenty. A jeśli już mowa o deszczu to ten na rowerze pokazał się w całej okazałości; cytując klasyka mogę napisać, że „doświadczyliśmy każdego możliwego rodzaju deszczu. Były małe kapuśniaczki i wielkie ulewy. Deszcz zacinający z boku i taki, co padał jakby z dołu w górę…”

Trochę rozczarowała mnie praca sędziów. Z niecierpliwością wyczekiwałem, aż ujrzę wreszcie tych wspaniałych i sprawiedliwych, o których tyle słyszałem w Polsce. Widziałem ich w sumie 5 razy, gdy mijali mnie pełną szybkością ku uciesze skromnie draftujących zawodników. Specjalnie użyłem słowa „skromnie”, bo nie mogę powiedzieć, że był to taki pełnokrwiście bezczelny drafting, jakiego uświadczamy w Polsce, był to raczej drafting „wiem, że oszukuję i bardzo się wstydzę” – i nie były to peletony, a pojedyncze osoby, które „wieszały się” na koło wyprzedzających je osób.

Niestety po raz kolejny rower okazał się gwoździem do mej trumny. O ile na zawodach w Polsce udawało mi się obronić jeszcze dobrym biegiem, o tyle tu nie było już czego bronić. Średnia 36km/h mówi chyba wszystko…

Po rowerze, gdy już odprawiłem całą ceremonie w strefie zmian (patrz 3 akapity wyżej, czytaj od tyłu) miałem ok. 8 min. straty do trzeciego zawodnika i niebotycznie więcej do pierwszego. Mimo to biegłem swoje. Szkoda, że tylko do 5km. Potem było coraz gorzej, a problemy żołądkowe, które zaczęły się po 16km wcale nie pomagały. Dobiegłem na metę jako przegrany. 7 w kategorii, bez szans na kwalifikację na Mistrzostwa Świata. Cały czar zawodów prysł, marzenie o slocie przepadło, a ja do teraz czuję się źle. To miało być piękne zwieńczenie sezonu, tymczasem była to wielka przegrana. Niestety taki jest sport, a ja pewnie za kilka dni się otrząsę i zacznę myśleć o kolejnym sezonie ;)

Tutaj bardzo chciałem podziękować ekipie Kolarski Team, która i tym razem bardzo mi pomagała i dopingowała podczas całego startu!

I oczywiście wielkie gratulacje dla wszystkich Polaków startujących na Rugii, daliście czadu! ;)

A jak to z tym całym Ironmanem jest pod względem organizacji? Przyzwoicie, aczkolwiek liczyłem na trochę więcej. Widać tu lata doświadczenia przy organizowaniu zawodów, utarte schematy, które przez wiele lat były dopracowywane:
+ lokalizacja
+ porządek przy wydawaniu numerów, wstawianiu rowerów itp.
+ konferencja
+ kibice
+ strefa finishera
Ale widać też było pewne niedociągnięcia:
- brak dywanu w strefie zmian
- strefa z workami na plazy (bez zadnego dywanu, podestu, po prostu na piachu)
- w niektórych miejscach słabiej oznakowana trasa
- trudno było znaleźć kogoś mówiącego po angielsku

Skomentowano 1 raz - czytaj



Volvo Triathlon Series Mrągowo, czyli wielki finał

Środa, 03 września 2014 godz. 21:00

[image]
I… skończyło się. Cykl Volvo Triathlon Series, który towarzyszył mi od samego początku sezonu dobiegł końca. 4 wyścigi w 4 różnych miastach, a każdy inny. Ten w Mrągowie zaliczę z pewnością do jednych z bardziej udanych…
Pływanie. Pływanie było… fajne. Fajne, bo spokojne. Gdy po (a nawet trochę przed) sygnałem startu wszyscy ruszyliśmy (w asyście wszędobylskich glonów) ku pierwszej bojce od razu objąłem prowadzenie. Przy pierwszej bojce dałem się wyprzedzić Maćkowi Kosmali, a w moich nogach ustawił się Darek Stach, który przed końcem pływania zaatakował i do brzegu dopłynął jako pierwszy. Szybka strefa zmian, wskok na rower i jedziemy.
W tym roku w VTS na części rowerowej wkradł się pewny utarty schemat (można powiedzieć, że nawet zaczynało być to trochę nudne)– najpierw to ja prowadzę na połowie części rowerowej czując się jak uciekająca zwierzyna przed myśliwym, w którego w Volvo Triathlon Series wcielił się Kuba Dec. Potem on mnie wyprzedza, a ja staram się go gonić z całych sił, co tym razem (z resztą nie tylko „tym” razem) mi się nie udało i do boksu rowerowego wjechałem z około minutową stratą.
Po wybiegnięciu z boksu rowerowego trasa wiodła w prawo, gdzie po około 400 metrach był nawrót na pachołku, co pozwoliło mi wizualnie zaobserwować ile mam straty do Kuby – nie było tego dużo, a tego dnia bieg był moją najmocniejszą stroną. Kubę minąłem przed 3km, a po pierwszej pętli wiedziałem już, że wygram – nikt nie mógł mi zagrozić. Dociągnąłem jeszcze mocne tempo biegu do ostatniego nawrotu, by później zwolnić (Rugia już za 2 tygodnie!) czekając na metę i podziwiając piękno Mrągowskiego jeziora.
Przy tym wpisie chciałbym jeszcze podziękować całej ekipie Kolarski Team, jesteście wspaniali, bez was i waszego wsparcia by się to nie udało! Dzięki TRI-magic Triathlon Shop, Sailfish jest najlepszy! Jakub Dec, Marcin Konieczny oraz wszyscy inni zawodnicy – Dzięki za wspaniałą i uczciwą walkę podczas całego cyklu! No i oczywiście gratulacje dla organizatorów VTS za stworzenie jednych z najlepszych zawodów w kraju ;)

Ocena imprezy:

Plusy:
Lokalizacja
Kibice
Nagrody
Atmosfera
Pasta party (przed i po wyścigu)

Minusy:
Szkoda, że droga rowerowa nie została wyremontowana do końca
Przejazdy przez stację benzynową i ścieżkę rowerową
Dość niebezpieczne wyjście z wody

P.S. Jak pewnie zauważyliście, że nie było newsa po Gdyni i Chodzieży - obiecuję, że wkrótce nadrobię zaległości :)

Skomentuj na tej stronie



Enea Triathlon Poznań, czyli lepszy od tysiąca, pokonany przez pięciu.

Wtorek, 29 lipca 2014 godz. 15:43

[image]
Kurz po zawodach na Poznańskiej Malcie już opadł, moje mięśnie powoli pozwalają mi na normalne funkcjonowanie, a to oznacza, że czas na podsumowanie jednego z najważniejszych startów w sezonie.

Pierwszy raz startowałem w imprezie, gdzie w jednej chwili w wodzie znalazło się ponad 1000 zawodników. Byłem przygotowany na wielki ścisk, przepychanie się, podtapianie itp. tymczasem nie uświadczyłem żadnej z tych rzeczy. Linia startu była na tyle szeroka, że każdy miał wystarczająco dużo miejsca, dodatkowo nikt specjalnie nie pchał się do przodu przez co cała czołówka mogła bezstresowo wystartować. Strzał z armaty… I ruszyliśmy! Od razu „wszedłem w nogi” Tomkowi Marcinkowi, chciałem jak najszybciej oderwać się od reszty stawki i dalej „płynąć swoje”. Szybko wpadłem w dobry rytm, mając w perspektywie jeszcze 90km roweru i 21km biegu płynąłem dość spokojnie. Po wyjściu z wody miałem trochę ponad 2minuty straty do lidera. Not bad. Sprawna strefa zmian i ruszyłem na rower.

Pierwsze kilometry starałem się pojechać rozważnie, dogrzać się, by wreszcie zacząć kręcić mocno. Problem w tym, że ten moment nie nastał. Podobnie, jak w Nieporęcie i tym razem nie czułem mocy na rowerze. Rezultat? 2:23 i 18 wynik roweru … Masakra! Wpis ten miał być z założenia pozytywny, więc nie będę się rozpisywać więcej, jak słabo poszedł mi rower, a skupię się na samej trasie rowerowej. Była genialna! Prowadziła po dwupasmowej drodze w kierunku Kostrzyna i z powrotem. Dwie pętle, na każdej 2 punkty odżywcze, jeden punkt serwisowy i super asfalt, czego chcieć więcej!

Przy okazji roweru napomknę jeszcze o tak bardzo ostatnio kontrowersyjnym draftingu. Oczywisćie, że się pojawiał. Niestety z przykrością stwierdzam, że nie draftowała czołówka (to akurat piszę z przyjemnością), której teoretycznie najbardziej powinno zależeć na wyniku, miejscu itd., a amatorzy, którzy, także teoretycznie, startują w zawodach głównie dla przyjemności. Sędziowie starali się jak zawsze rozgonić peletony, ale także jak zawsze mieli moim zdaniem trochę za miękkie serce – pojawiło się kilka żółtych kartek, ale było tego i tak za mało.

Schodząc z roweru wiedziałem już, że nie wygram tych zawodów. Strata była zbyt potężna. Zawaliłem. Wybiegłem z boksu zaraz za Mariuszem Olejniczakiem, Kilkaset metrów biegliśmy razem, ale jego tempo wydawało mi się za wolne, po nieudanym rowerze czułem, że mogę biec szybciej. Minąłem go, i rozpocząłem bieg swoim tempem. Na ok. 3km dogoniłem Filipa Przymusińskiego, zamieniliśmy kilka słów i jego też wyprzedziłem. Pierwsze 2 pętle były w moim wykonaniu naprawdę szybkie. Fajnie? Otóż nie. Były za szybkie. ..
Pod koniec drugiej pętli dogonił mnie Mariusz Olejniczak. Wtedy zrozumiałem swój błąd. Zacząłem za szybko. On powoli rozkręcał swój bieg, a ja coraz bardziej zwalniałem. Gdy się ze mną zrównał biegł już dużo szybciej ode mnie. Gdybym na początku trzymał jego tempo biegu mój czas na mecie byłby pewnie ze 2 minuty lepszy.
Trzecia pętla była chyba najtrudniejsza, zarówno dla mojego organizmu, jak i dla mojej psychiki. Powoli zaczął doskwierać mi upał, nawadniałem się w każdej możliwej chwili, a każda kolejna wodna kurtyna była jak zbawienie. Na trzeciej pętli także dowiedziałem się, że jeśli uda mi się dogonić jeszcze Mariusza to zdobędę upragniony seniorski medal Mistrzostw Polski, bo Mikołaj Luft zszedł z trasy. Ta informacja wcale mnie nie podbudowała. Nie widziałem szans, żeby go dogonić. Nie umiałem przyspieszyć, a nawet wręcz przeciwnie – czułem, że zwolniłem. Gdy wreszcie wbiegłem na ostatnią pętlę ostatni raz wziąłem kilka kostek lodu, napiłem się wody i rozpocząłem ostatnie kilometry. Starałem się chociaż trochę przyspieszyć, próbowałem przekonać moje nogi, że zostało jeszcze tylko 5km, ale niestety nie były chętne do współpracy. Mając już w myśli dotarcie do mety na 5 miejscu starałem się kontrolować tempo biegu. I wtedy koło mnie pojawił się Filip Przymusiński, tak, ten sam, którego minąłem na 3km! Był to dla mnie tak zaskakujący widok, że prawie się zatrzymałem. Zrównał się ze mną, podzielił ostatnim kawałkiem lodu i szybko ruszył do przodu. Za szybko. Za szybko dla mnie. Rzuciłem się za nim, chciałem walczyć, ale nie miałem już sił. Zwolniłem. Widziałem, jak się oddala, co jakiś czas rozglądając się, czy czasem jeszcze nie atakuje. Oj nie, nie dzisiaj. Wbiegłem na metę na 6 miejscu z czasem 4:20;32:

Pływanie 00:24:48 (10msc)
T1 00:01:36
Rower 02:23:05 (18msc)
T2 00:01:49
Bieg 01:29:14 (6msc)

Podsumowując: Było umiarkowanie dobrze. Z jednej strony zdobyłem 3 miejsce w klasyfikacji młodzieżowej (Organizator zawodów nie przewidział takiej kategorii przy dekoracji, ale z tego co się dowiedziałem to kategoria U23 (do 23 lat) jest respektowana przez PZTri jako Mistrzostwa Polski). Z drugiej jednak strony po cichu liczyłem na medal seniorski…

Czas na Podziękowania!

Tym razem dziękuje przede wszystkim mojej rodzinie, która wspierała i pomagała mi podczas całych zawodów, a także moim starym klubowym kolegom, którzy na trasie biegowej naprawdę starali się mi pomóc, jak tylko mogli. Wielkie dzięki!
Nie zapominam oczywiście także o moich sponsorach bez których pewnie nie udało mi się uzyskać takiego wyniku – Kolarski.eu, Sailfish, Fundacja 2065 im. Lesława Pagi… Po raz kolejny Dziękuję ! ;)

Na koniec czas na podsumowanie strony organizacyjnej zawodów: ŚWIATOWY POZIOM! Enea Poznań Triathlon był najlepiej zorganizowaną imprezą na jakiej kiedykolwiek startowałem. Organizatorzy zadbali naprawdę o każdy najmniejszy szczegół (zabetonowali nawet przejazd przez tory tramwajowe!) i spokojnie mogą ubiegać się o organizację przyszłorocznych zawodów pod egidą IRONMAN.
Plusy:

  • Praca wolontariuszy (byliście świetni!)
  • Kibice (tak, wy też byliście super!)
  • Świetna lokalizacja
  • Niesamowita trasa kolarska
  • Dużo punktów odżywczych na trasie biegowej i rowerowej
  • Kurtyny wodne
  • Lód i gąbki na trasie biegu
  • Atmosfera
  • Strefa Finishera
  • Nagrody

Minusy:

  • Brak (wiele osób pisze o zamęcie organizacyjnym podczas rozdawania pakietów na 1/4IM, a dokładniej o kolejce, jaka się utworzyła, ale moim zdaniem nie jest to do końca wina organizatorów, bo pakiety można było odbierać już od czwartku)


Skomentuj na tej stronie



1 2 3 4 starsze